Właśnie zakończyła się konferencja zorganizowana przez Fundację im. Stefana Batorego dotycząca potrzeby i perspektyw wprowadzenia ustawy przewidującej ochronę osób, które zgłaszają nieprawidłowości w miejscu pracy. Fundacja przygotowała raport z badań, po raz kolejny wykazując, że bez funkcjonowania takich przepisów skala zgłaszanych nieprawidłowości może być mniejsza, a represje w stosunku pracowników działających na rzecz interesu publicznego mogą utrzymać się na wysokim poziomie. Mimo zachęcających deklaracji obecnych przedstawicieli rządu nie wydaje się jednak, abyśmy byli w niedługim czasie świadkami zmian.

Dlaczego to takie ważne i dlaczego się tym zajmujemy? Wierzymy, że państwo powinno działać efektywnie i przejrzyście. O roli whistleblowingu (bo to słowo stosowane jest zamiennie z „sygnalizowaniem”) w zarządzaniu sektorem publicznym i prywatnym pisałem krótko m.in. w Pokoju adwokackim, byliśmy również w gronie organizacji, które protestowały w 2014 r. przeciwko wyłączeniu prac na ustawą o ochronie sygnalistów z Rządowego Programu Przeciwdziałania Korupcji. Pracownik (niezależnie od tego na jakich zasadach jest zatrudniony) posiada unikalną wiedzę na temat funkcjonowania danej instytucji. Jego roli w ujawnianiu nieprawidłowości nie zastąpi ani sformalizowana i często jednostkowa kontrola wyspecjalizowanych instytucji, ani najdalej posunięta jawność. Zresztą dowodów na rzecz uchwalenia przepisów chroniących takie osoby jest mnóstwo i konsekwentnie są one zbierane chociażby przez Fundację im. Stefana Batorego.

Z jednej strony, trochę nadziei tchnął resort pracy, który w odpowiedzi na pisma Rzecznika Praw Obywatelskich wskazał, że jego zdaniem ustawa jest potrzebna, ale z uwagi na to, że nie będzie dotyczyć wyłącznie osób pracujących na etatach, Minister Pracy nie podejmie działań w tym zakresie. Z drugiej strony wydaje się, że skoro ustawa miałaby być efektem współpracy różnych resortów to niekopokojąca jest niewystarczająca wiedza o tym fenomenie. Obecny na konferencji Pełnomocnik do Spraw Społeczeństwa Obywatelskiego i Równego Traktowania nie potrafił wskazać różnicy między sygnalistami, a strażnikami, czyli osobami, które z zewnątrz podejmują obywatelską kontrolę instytucji publicznych. Być może właśnie z powodu problemów z operowaniem odmiennymi pojęciami, Pełnomocnik dość wstrzęmięźliwie wyraził się o potrzebie istnienia regulacji. Przedstawiciel Ministerstwa Rozwoju, zgadzał się, że takie przepisy są potrzebne, ale zastrzegł, że Ministerstwo nie zainicjuje prac w tym obszarze. Centralne Biuro Antykorupcyjne podjęło nawet starania aby ochrona sygnalistów stała się częścią Rządowego Programu Przeciwdziałania Korupcji ale z wypowiedzi można było wysnuć wątpliwość co do „siły sprawczej” Biura.

I tak mijają kolejne lata i co chwila słyszymy o niedostatecznej ochronie tych, dla których interes publiczny jest ważniejszy niż źle rozumiany interes pracodawcy, czego najświeższym przykładem jest afera Lux Leaks. Ale kolejne polskie rządy starają się umyć ręce. Dlaczego? Tu nie ma jednoznacznej odpowiedzi, bo też uzasadnienia były bardzo różne: a to, że nie trzeba, a to, że prawo już jest dobre, a to, że to inny resort itp. Nie należy się na pewno poddawać i trzeba konsekwentnie wpływać na polityków by się sprawą na poważnie zajęli. Ale być może należy też rozważyć inne scenariusze. Jeśli państwo nie zdaje egzaminu to być może rolą organizacji będzie zapewnienie sygnalistom bezpiecznego modelu zgłaszania nieprawidłowości w instytucjach publicznych. To nie będzie zmiana systemowa, ale skoro rząd nie chce dbać o interes publiczny, nie może oznaczać, że nikt o niego nie zadba. To też nasz obowiązek.