Głośno jest ostatnio w mediach o wydarzeniach związanych z tzw. aferą madrycką. Mówi się i piszę o tym bardzo wiele, ale nie widać na razie jeszcze w całej dyskusji wniosków, które nasuwają mi się jako osobie związanej z kwestią otwartości danych. Ale zanim do sedna, przyjrzyjmy się pokrótce kolejności zdarzeń.

Posłowie wraz z partnerkami zachowali się niestosownie w samolocie. Nie pierwszy taki przypadek i pewnie cała kwestia szybko by się rozmyła w nawale innych informacji medialnych, gdyby ktoś „nie zaczął drążyć”. Szybko pojawiło się pytanie – czy rzeczona podróż była służbowa, czy też prywatna? Jedno pytanie do Kancelarii Sejmu i wszystko jasne – podróż była służbowa. Ale zaraz, zaraz – przecież nie samolotem…

Resztę historii już wszyscy znają – posypała się lawina kolejnych pytań i dociekań, jedna po drugiej padały kolejne zasłony pokazując coraz bardziej skomplikowany i niejasny obraz sytuacji. Nie samochodem, tylko samolotem, nie na dzień przed wyjazdem (zgłoszenie wniosku o zwrot kosztów podróży samochodem) tylko dwa tygodnie (rezerwacja biletów lotniczych?), na dodatek każdy „jechał” oddzielnie, niektórzy według oświadczeń majątkowych nie mają samochodów (ależ oczywiście, przecież można wypożyczyć, nawet trzy!) – i tak dalej. Zamieszanie coraz większe.

Pierwsze sukcesy w odkrywaniu kolejnych warstw tej „nie do końca pachnącej” sprawy zachęciły wścibskich do zadawania coraz większej liczby pytań – jest już dostępne opublikowane przez Kancelarię Sejmu całkiem pokaźne kompendium wiedzy na temat wyjazdów zarówno posłów zaangażowanych w sprawę, jak również i wszystkich pozostałych reprezentatów i reprezentatek Narodu. I odkrywane są kolejne wątpliwości – miał być na konferencji, a tymczasem był w Radiu. Tak, być może to błąd w dokumentach, być może nie – ale nie w tym rzecz.

Mała dygresja – w idealnym świecie, w którym dane dotyczące działalności publicznej są łatwo dostępne, już dawno mielibyśmy co najmiej jedną aplikację internetową „krzyżującą” dane o wystąpieniach medialnych posłów z danymi o ich podróżach służbowych. Zamiast bitych 64 stron tabeli w PDFie, mielibyśmy API łatwo pozwalające sięgnąć po te informacje. Cóż trudniejszego, jak wyświetlić obok siebie dane z takiego API i RSSy z paru portali przefiltrowane po nazwisku konkretnego posła (osoby nietechniczne przepraszam za slang!). Wystarczy mieć te informacje obok siebie, żeby bez zaawansowanych narzędzi i algorytmów móc niejako przy okazji zauważyć podejrzane korelacje – i o nie głośno zapytać. To wszystko w idealnym świecie – do którego jeszcze nam trochę brakuje.

Druga dygresja – każda szanująca się duża firma obracająca większymi kwotami ma w swoich strukturach dział kontrollingu. To miejsce, w którym zestawia się różne dane, analizuje je i wykrywa „podejrzane” fakty, które warto potem sprawdzić dokładniej lub zapytać o nie bezpośrednio zainteresowanych. Państwo jest – pomijając różnicę skali – podobne do takiej firmy – produkuje dużo danych, również finansowych, które można zestawiać, analizować i pytać zainteresowane osoby o wykryte nieprawidłowości. Rzecz w tym, że administracja Państwa – świadomie lub podświadomie – broni się przed zbyt łatwym zorganizowaniem takiego „działu kontrollingu” przez obywateli – przede wszystkim poprzez niechęć (delikatnie powiedziane…) do publikowania adekwatnych danych w łatwo przetwarzalnych formatach.

Powiedzmy sobie wprost – cała afera madrycka rozwinęła się i wyeskalowała na dostępie do informacji publicznej. Gdyby nie zaczęto zadawać odpowiednim organom niewygodnych pytań (i na szczęście otrzymywać na nie odpowiedzi!), wszystko skończyłoby się na małej aferce obyczajowej związanej z zachowaniem w samolocie. Dane na szczęscie są już dostępne i jestem prawie pewny, że na wyjeździe trzech posłów się nie skończy.

W „ekscytującym” czasie kolejnej aferki politycznej nie zapominajmy, że to właśnie prawo dostępu do informacji publicznej daje nam dzisiaj możliwość utyskiwania na naszych posłów i niegospodarność systemu (a może i za chwilę obserwowania postępowania prokuratorskiego). I poświęćmy również chwilę czasu na marzenia – jak wspaniale byłoby, gdyby tego typu kwestie były do zaobserwowania, wykrycia i zbadania bez potrzeby wypatrywania, czy dany poseł się chwieje wchodząc do samolotu. Wystarczyłby dociekliwy umysł, odrobina odpowiednich umiejętności i kolekcja danych udostępnionych przez administrację bez proszenia, po prostu w wyniku działania zasady, że obywatel ma prawo wiedzieć i nie potrzebuje do tego żadnych uzasadnień.

P.S.
Fundacja ePaństwo przetworzyła udostępnione przez Kancelarię Sejmu materiały i przedstawiła w intuicyjny sposób. Takich działań powinniśmy wymagać od instytucji publicznych.

Michał Mach

banerProjekt realizowany w ramach programu Obywatele dla Demokracji, finansowanego z Funduszy EOG.